przyznaję: czasami naprawdę zazdroszczę niektórym ludziom tupetu, bezczelności i bezmyślności. przecież to ogromnie ułatwia życie, jeśli nie trzeba się zastanawiać, co wypada, co nie, gdzie leży granica między zwykłym nietaktem a poważniejszym faux pas, na ile można sobie pozwolić, żeby nie zostać uznanym za prostaka czy też impertynenta.
słusznie założyłam, że uwierzę w rewolucję nie po tych pięknych obietnicach, a dopiero kiedy zobaczę faktyczne efekty. czy muszę dodawać, jak szybko rozczarowałam się? niech tylko skończę z tą przebrzydłą anginą — wtedy przystąpię do realizacji drugiej części planu.

zostałam dziś sprowokowana do okolicznościowej wycieczki w przeszłość:
…tak, to ten słynny dzień, kiedy chciałam wyjść z sali, bo nagle, medytując nad pustą kartką, doszłam do wniosku, że przecież matura nie jest mi do niczego potrzebna… jednak zmusiłam się, zostałam. potem nieoficjalnie dowiedziałam się, że kiedy ciało sprawdzające zobaczyło w brudnopisie moją listę lektur, od razu chciało postawić szóstkę. skończyło się tylko piątką, bo nie wykorzystałam wszystkich pozycji. w ogóle dość anarchistycznie podeszłam do zasad — zamiast klasycznej rozprawki napisałam esej tylko o trzech książkach.
natomiast historia minęła zupełnie bezstresowo. wicedyrektorka śmiała się, że zużyję wszystkie dostępne arkusze. na koniec, gdy oddawałam pracę, stwierdziła: chyba Justyna jest jedyną osobą zadowoloną z egzaminu.
w ten oto sposób dokonał się jeden z ciekawszych zwrotów dziejowych: po czterech latach życia sprawami ważniejszymi niż szkolne (no, może poza polskim i historią od połowy trzeciej klasy) zdałam maturę ze średnią 5,0. zabawne…
nieprawdaż?