nowe zabawki
a z tą – kiedy już na dobre obudzę się:
![]()
tak, tak, to słynny stół nadpalony przez cyberkota :-]
a z tą – kiedy już na dobre obudzę się:
![]()
tak, tak, to słynny stół nadpalony przez cyberkota :-]
zabawa dla chętnych: policzcie, czy na pewno sto ;-)
xxx
upalne monologi:
justwitch:
zupa zamiast powietrza
nawet nie mam jak zrobić przeciągu
może otworzę lodówkę?
PanCy:
dziś pies naszego dyrektora jest z nami
włączyliśmy mu na wolnym kompie transmisję z bocianiego gniazda
cały dzień stoi przed monitorem i ogląda
spędzam wieczór, a raczej kawałek nocy, z japońskim winem śliwkowym – niezłe, choć trochę za słodkie; zwykle przygody z takimi trunkami nie kończą się najlepiej. mam nowe okulary (do patrzenia na słoneczną stronę ulicy) i stare rozterki. chciałabym powiedzieć coś jeszcze, ale wciąż zmagam się z Formą. toczę też boje z myślami, ale o tym innym razem.
ha, wiedziałam, że nie można ufać japońskiemu winu (strasznie kanciasty ten dativus).
co z tego, że postanowię, a nawet zaplanuję (i będę trzymać się tego dłużej niż pół dnia), co z tego, że wymyślę albo ponazywam, skoro wystarczy zdanie czy akapit, żebym przestała wierzyć w sens moich śmiesznych zamiarów i starań? to jeden z momentów, kiedy bezwarunkowa miłość do tego czy innego Piszącego miesza się z dziecinną zawiścią. potem przychodzi faza zwątpienia, jeszcze później – pokory. po takim myślotoku wracam do punktu wyjścia: znów zastanawiam się, co zrobić z własnym niesemantycznym trwaniem*.
xxx
sezon letni uważam za rozpoczęty: w dzień nie mogę oddychać ani myśleć, dopiero bliżej wieczora zaczyna mi się chcieć (działać, czytać, jeść). najwyższa pora, żeby zarządzić wakacje – pierwsze od czterech lat. muszę odpocząć, oderwać się od tych wszystkich codzienności, przyziemności. muszę dać sobie czas. nadciąga burza zmian.
* Josif Brodski, Mniej niż ktoś, Wydawnictwo Znak, 2006
gdybym nie była malkontentką, powiedziałabym: jest dobrze. oczywiście od razu uznałabym, że taki optymizm kłóci się z moim światopoglądem i zapewne nie wychodzi na zdrowie, natomiast umiarkowany pesymizm wydaje się znacznie rozsądniejszy… dlatego pozwalam sobie na ostrożne stwierdzenie: bywa dobrze.
dobrze może mieć smak białego wina, suszonych pomidorów albo gorzkiej czekolady ze skórką pomarańczy. może pachnieć np. oszałamiającym, perwersyjnym Shalimarem Guerlaina. a dźwięk? głośny stukot obcasów – dob-rze, dob-rze, dob-rze – niekiedy bulwersujący starsze panie. wolny dzień w środku tygodnia, zaspokajanie małych zachcianek, kolejny Brodski na stercie książek do przeczytania. nieśmiałe plany, coraz śmielsze stwierdzenia, przebłyski pewności, że jednak wiem, czego chcę.
to minie, wszystko minie, ale przecież trzeba jakoś sobie radzić z tą pustką i tymczasowością. trzeba wypatrywać światełka w tunelu, iskry w mroku.

(słowo nie musi stawać się ciałem. wystarczy, że jest).
będzie: 11.06 – szpital, 19.06 – Tori.
otwieram jej drzwi, skrzypią
i szept: „ta szafa to wejście do piekła”
patrzę: między wieszakami
czerwona suknia i czarne skarpetki
Dantego*

a tu wielka mironczarnia.
* miron b., oho, PIW, 1885.
Wiesz, co robi TEN MIŚ? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom.
…że ma niezbyt inteligentną minę? co z tego! najważniejszy jest wewnętrzny ogień :-)
xxx
nie samą misiologią Ministerstwo żyje:
wielce szanowni, w duchu umiłowani, przyznajcie się natychmiast: kto zamawiał lato? nie kryję niezadowolenia, fukam z dezaprobatą.
to jest ten czas, kiedy bardzie niż zwykle nie lubię ludzi (bo nie pachną), a także tramwajów i autobusów (bo okrutnie nie pachną). opracowuję strategię unikania środków komunikacji miejskiej. marzę o tym, jak pięknie by było wynieść się z miasta na krytyczno-traumatyczne miesiące.
tymczasem przymierzam się do zrobienia porządku w szafie (taki wstęp do remanentów egzystencjalnych – tłumaczę sobie i prawie w to wierzę). wyglądam burzy.
nad miastem przetaczają się burze (uwaga, łamią parasole!), przez moje myśli też przechodzą nawałnice. dlaczego znowu nie wiem, czego chcę? dlaczego szukając odpowiedzi, trafiam na kolejne pytania? dlaczego nagły przypływ wiary w siebie biorę za infekcję, z której na pewno zaraz wyleczę się? dlaczego nadal nie potrafię mieć planów i skazuję się na permanentną tymczasowość? dlaczego ani nie mówię, ani nie piszę o tym, co naprawdę ważne?
po ostatnich szaleństwach arbeitowych z niedowierzaniem traktuję chwile, kiedy stwierdzam, że nic nie muszę, za to mogę: zaszyć się w łóżku z Brodskim, spać do południa, poodpisywać na zaległe maile, przejrzeć ostatnie zdjęcia. co prawda powinnam wydać wojnę chaosowi (w domu, w życiu), ale… pomyślę o tym jutro.
dowodziliście kiedyś imprezą na 400 czy 500 osób? nie? ja też (jeszcze) nie… uprasza się o trzymanie kciuków.