politycznie

tak, tym razem będzie politycznie, choć twierdzę, że jestem apolityczna – przynajmniej do czasu…

pewnego razu Poeta powiedział:

Nie może być praw, które by nas broniły przed samymi sobą, i dlatego żaden kodeks nie przewiduje kar za zbrodnie przeciw literaturze. Pośród tych przestępstw najcięższym nie jest bynajmniej prześladowanie autorów, restrykcje cenzury itp., ani nawet oddanie ksiąg płomieniom na pożarcie. Istnieje zbrodnia znacznie cięższa – lekceważenie książek, ich nieczytanie. Za to przestępstwo człowiek pokutuje przez całe życie; jeśli zaś popełnia je naród, wówczas przypłaca je swoją historią.

miał rację, nieprawdaż?
i dalej:

Nie wzywam bynajmniej do zastąpienia państwa biblioteką – choć myśl ta nawiedzała mnie niejednokrotnie – ale nie wątpię, że gdybyśmy wybierali naszych władców na podstawie ich lektur zamiast programów politycznych, na ziemi byłoby mniej nieszczęść. Myślę, że kandydata na władcę naszych losów należałoby przepytać w pierwszej kolejności nie z tego, jak wyobraża sobie politykę zagraniczną, lecz jaki ma stosunek do Stendhala, Dickensa czy Dostojewskiego.

te słowa padły prawie 20 lat temu (a powyższy tekst to fragment przemówienia noblowskiego Josifa Brodskiego). dziś należałoby zapytać jeszcze o stosunek do Gombrowicza.

Opublikowany w: on piątek, 27.07.2007 at 3.03 Komentarze (5)

… (1)

to miał być zupełnie normalny dzień. to miało być zwykłe, kontrolne badanie. tymczasem – zamiast usłyszeć, że jest, jak jest, że co prawda nie będzie lepiej, ale też nie pogorszy się – dostałam jeszcze jeden wyrok w zawieszeniu. co było dalej? zapłakanie, ciemne okulary, praca. fryzjer, park. wieczorem huśtawki. raczej otępienie niż uspokojenie. co teraz? czekać, czekać, czekać. na przemian: kląć szpetnie i zadawać pytanie dlaczego? (albo po co?).

Opublikowany w: on wtorek, 24.07.2007 at 1.29 Komentarze (3)

histerie, fanaberie

…bo histeryzować to trzeba umieć, a nie czaić się, zastanawiać, czy wypada, odgrywać w głowie dramatyczne sceny, na które brak odwagi w rzeczywistości. tymczasem nawet nie umiem powiedzieć, co jest nie tak. nie żebym miała problem z ponazywaniem, po prostu nie jestem w stanie wyartykułować czy wystukać na klawiaturze tego, co mnie najbardziej dotyka, boli. i tak szarpię się w świecie pełnym słów, wciąż milcząc. ot, mała schizofrenia, wersja dla początkujących.

zamiast być tu i teraz, jestem gdzieś obok. w próżni? w międzyczasie? a kiedy smutnieję bardziej niż zwykle, zamykam się w domu (zamknąć się w sobie jeszcze szczelniej nie mogę) i… wyobrażam sobie, jak pięknie by było zrobić coś spektakularnego. tylko co? potłuc talerze, przefarbować włosy, napisać protest song? tandeta, tandeta!

…albo, dla niepoznaki, zmieniam temat:
nie sądziłam, że tak szybko mnie to dopadnie. chyba wyrastam z tego domu. czas na nowy? dobrze, ale co z planem pięcioletnim? przez trzy i pół roku tak dobrze mi szło…

Opublikowany w: on piątek, 20.07.2007 at 3.37 Komentarze (16)

zapiski na zakładce do książek

są książki, które kocha się bezwarunkowo, od pierwszego zdania i pierwszego wejrzenia. najpierw jest olśnienie, doświadczenie wręcz metafizyczne, inne od zwykłych przygód czytelniczych. potem następuje zachłanna lektura, łapczywe przyswajanie słów, sensów, podtekstów. i im większy zachwyt, tym głębszy smutek, że coraz bliżej do końca. od tego momentu zaczyna się metodyczne opóźnianie rozstania: dłuższe przerwy między rozdziałami, powroty do kluczowych scen czy wątków, wolniejsze niż zwykle wczytywanie się w ostatnie strony. a kiedy jest już po wszystkim, robi się przeraźliwie pusto – i wiadomo, że przez pewien czas nic innego nie będzie w stanie aż tak zawładnąć wyobraźnią. początkowo nieodzowna jest fizyczna obecność Książki (w torbie, na biurku, w łóżku), żeby w nagłej potrzebie odszukać jakąś myśl, jakiś akapit i przeżyć – lub odchorować – to jeszcze raz. później wystarczy świadomość, że jest ona gdzieś w pobliżu, że w każdej chwili można na nowo pogrążyć się w niej.

wśród moich bezwarunkowych miłości są między innymi: Szkice piórkiem Bobkowskiego, Dziennik 1954 Tyrmanda, oczywiście wiersze Brodskiego, Orlando Woolf, Piesek przydrożny Miłosza, Lolita Nabokova, Hańba Coetzee’ego, Doktor Faustus Manna. kolejność jest przypadkowa, a lista, rzecz jasna, niepełna.
niedawno dołączył do niej Świat poety. Rozmowy z Josifem Brodskim Solomona (Sołomona?) Wołkowa [PIW 2001]. przyznaję: z zewnątrz to dramacik wydawniczy, natomiast w środku… ach!

dziś skończę czytać Rozmowy…

Opublikowany w: on wtorek, 17.07.2007 at 18.16 Komentarze (2)

pocztówki z miasta Breslau

gdyby można było zostawić smuteczki, problemy, czarne myśli, żeby bez tego bagażu ruszyć w świat… i gdybym wreszcie przestała podejmować rozpaczliwe próby podtrzymywania nieistniejących więzi z panem bratem… byłoby całkiem pięknie.

a teraz FOTOSTOR z wakacji (w takie koperty PKP pakuje bilety na podróż w siną dal).

pojechałam do miasta Breslau z powodu stabilnego koloidu srebra oraz pewnego doktora, mistrza PR-u kryzysowego (sformułowania, które padły podczas obrony, zapewne będą przekazywane potomnym. jeden potomek już w drodze!).

ów doktor wygląda tak:
obrona.jpg obrona1.jpg

a to Breslau – w wydaniu artystycznym i w wersji „zrób to sam”:
galeria.jpg pomaluj.jpg

w porównaniu z Warszawą, która przypomina miasto-widmo, Wrocław wydaje się… inny, piękny, prawdziwy. ma duszę, jest zakotwiczony i w czasie, i w przestrzeni. warszawska starówka wygląda jak atrapa z westernu: fronty budynków zrobione z dykty, fasady, za którymi nie ma nic. wrocławski rynek (ze wszystkimi architektonicznymi harmoniami i dysonansami) oddycha, żyje.
oczywiście ta różnica to wina Historii, nie miasta…

sceny z życia krasnoludków:
krasnal1.jpg krasnale2.jpg pcham.jpg

i jego wysokość Wąglik, zwany również Banderasem:
waglik.jpg

po takich wyprawach pozostaje niedosyt – bo za mało, za szybko, bo chciałoby się jeszcze. pocieszam się, że nie tylko ja dzielę wakacje na mniejsze porcje i przed daniem głównym serwuję przystawki, żeby zaostrzyć apetyt :-)

plan na najbliższe dni: uniknąć upału (albo udawać, że mnie to nie dotyczy).

Opublikowany w: on poniedziałek, 16.07.2007 at 2.25 Komentarze (2)

żywot człowieka zmęczonego

wychodzi ze mnie zmęczenie – takie, którego nie można oszukać kolejną kawą, dodatkową godziną snu czy nawet leniwą sobotą, po której następuje niedziela pod znakiem arbeitu, a dalej intensywny, dziwny tydzień. i tak ewig usque ad finem, i tak do emerytury? na tym to polega? organizm płata figle, upomina: zwolnij, przecież pamiętasz, czym to się kończy…

w takim stanie człowiek nie cieszy się pracami, które przecież lubi, gapi się półprzytomnie w monitor, nie ma siły narzekać na nadmiar obowiązków, już nawet nie pomstuje na spóźnialskich kurierów czy inne przeciwności losu. najgorsze jest to, że człowiekowi zmęczonemu upragnione wrześniowe wakacje wydają się tak odległe, aż nierealne.

niniejszym zarządzam odpoczynek (krótki, bo krótki, ale zawsze). miasto Breslau wzywa.

Opublikowany w: on wtorek, 10.07.2007 at 11.41 Komentarze (0)

deszczowo

zamiast brać się z życiem za bary, zabarykadowałam się w łóżku. zdezerterowałam: nie pojechałam do Puław, nie przysiadłam nad tłumaczeniem, nie posprzątałam… i tak dalej. lista rzeczy, których nie zrobiłam, niepokojąco wydłuża się. to przez ten deszcz – usprawiedliwiam się – przez ten deszcz – powtarzam, chociaż czuję, że nie jest to wiarygodna wymówka, bo nadmiar słońca zapewne także byłby przeszkodą.

w takie dni jedyne, co w miarę dobrze mi wychodzi, to marudzenie i przesypianie. jestem też niezła w dochodzeniu do ponurych wniosków (typu: nigdy…, zawsze…) i czarnowidzeniu. niemalże na siłę muszę przypominać sobie, że przecież cieszę się z wykupionych już wrześniowych biletów do Londynu i do Dublina, z perspektywy spędzenia dwóch tygodni z daleka od wszystkiego, czym żyłam przez ostatnie cztery lata. cieszę się, naprawdę. nie widać?

deszczowe lektury: przemądrzała M. Wyka o Gałczyńskim, wzruszający A. Kępiński o schizofrenii. deszczowe dźwięki: Margita i Marcin (reminiscencje z Prania). deszczowe smaki: wino, pesto, suszone pomidory. deszczowe tęsknoty: przemilczę.

Opublikowany w: on niedziela, 08.07.2007 at 2.08 Komentarze (5)

kontakt

Skoczwiski:
Ma pan kuchenkę elektryczną?

Sandwicz:
Mam, ale kontakt zepsuty.

Skoczwiski:
(jadowicie)
Był to pewnie pański jedyny kontakt z rzeczywistością*.

kontakt_z.jpg

chyba zrobię casting na elektryka. co prawda nie boję się wierrrtar i innych ciężkich sprzętów, ale akurat w prądzie wolę nie dłubać.

* oczywiście K.I.G.: Dwóch Polaków z Teatrzyku „Zielona Gęś”.

Opublikowany w: on środa, 04.07.2007 at 1.02 Komentarze (2)

turbulencje, perturbacje

nie zdążyłam napisać o wyprawie na Jeziorskie Mazura, o dzielnym Hiszpańczyku, o kolejnej porcji zachwytów w Praniu, o mistrzu Zapasiewiczu, który tak recytował „Kwiaty polskie” Tuwima, że zaniemówiłam z wrażenia, o tym, że trzeba uważać, z kim integruje się na bankietach, i o tym, jak miło słuchać opowiadań Hemingwaya po śniadaniu…

nie zdążyłam, bo wyskoczył diabeł z pudełka, demon z przeszłości: niegdysiejszy Miłość pojawił się na horyzoncie – i zabolał. oj, jak zabolał. skończyło się burzą i migreną.

Opublikowany w: on wtorek, 03.07.2007 at 0.23 Komentarze (3)