kartka z kalendarza
przed obowiązkowym balem z okazji końca/początku wypada zrobić szybki bilans mijającego roku: po tej stronie zyski, po tamtej straty, w osobnej rubryce niewykorzystane szanse (a te — jak mawia mój brat — lubią się mścić).
zwykle pod koniec grudnia pisałam list do [...], żeby to, co zdołałam poukładać sobie w głowie, stało się prawomocne. tym razem będzie inaczej. wystarczy, że stanę przed lustrem nieopancerzona: bez golfa czy szalika, którymi zasłaniam się, wyruszając w świat.
chcę pamiętać, po czym jest ta blizna. nie chcę zapomnieć, co widziałam i czułam wtedy w szpitalu, z którego chyba każdy wychodzi odmieniony (o ile ma szczęście, że może z niego po prostu wyjść. ja miałam). dalej: siłę, z jaką trzymałam się życia. i jeszcze radość — nieporównywalną z żadną inną, tę po odebraniu wyników. i oczywiście dobrą energię, otaczającą mnie, kiedy przydarzyła się ta dziwna historia na „r”.
do zapamiętania również: rozmowy, listy, spacery, huśtawki. czerwcowy koncert zjawiskowej Tori. pierwsza przejażdżka najpiękniejszym z rowerów. dzień, kiedy zamieszkała ze mną Pannacota; jej uśmiechy, pomruki i wybryki; to, czego uczę się codziennie o niej i od niej.
…w myślach też tworzą się blizny. chciałabym, żeby przynajmniej niektóre wreszcie zagoiły się.
może jednak nie trzeba opatrywać tego wszystkiego znakami „+” albo „-”?
pora spać. potem posprzątam i zastanowię się, jak spędzę tę noc. przełomową? wyjątkową? skądże. prawdziwe momenty zwrotne mają to do siebie, że nie potrzebują ani fajerwerków, ani umownych dat.
postanowień nie będzie.
dobrego nowego!





