grrr, grudzień
nie lubię grudnia. nie lubię — i już. staram się nie tłamsić tych, którzy usiłują obudzić we mnie okolicznościowy entuzjazm, jednak uprzejmy dystans, na który silę się, szybko przechodzi w zaciekły sprzeciw wobec prób nawracania na jedyną słuszną drogę. nie lubię, mam prawo. będę go bronić do upadłego. aż do stycznia.
primo: okoliczności przyrody. permanentna ciemnica za oknem nastraja najwyżej do zapadnięcia w sen zimowy, a nie do jakiejkolwiek aktywności — szczególnie że do najpowszechniejszych w tym czasie zajęć należą: machanie szmatą, trzepanie dywanów oraz tłoczenie się w sklepach. mam gdzieś takie zawody, wolę zaszyć się z kotem, książką i grzanym winem pod kocem. i czekać na wiosnę.
secundo: to nie moje święta. nawet jeśli wierzę, to w co innego i trochę inaczej. na skutek zmasowanego ataku durnych pioseneczek na temat, jowialnych mikołajów, słodkich aniołków i innych bzdetów, ataku, który trwa przynajmniej od połowy listopada, zbyt łatwo zapomina się, o co właściwie w tym wszystkim chodzi. szkoda, że domniemana rocznica urodzin pewnego człowieka zamienia się w rozbuchane święto marketingu i hiperkonsumpcji.
tertio: nijak nie pojmuję powszechnie obserwowanego syndromu przedświątecznego — dobrowolnego umartwiania się w kolejkach, histerycznie wielkiego sprzątania, wielogodzinnego stania przy garach (w oparach absurdu i kiszonej kapusty). po co? żeby przez trzy dni męczyć się za stołem, a potem pić zioła na niestrawność albo brać tabletki na uspokojenie?
quatro: niektórzy sądzą, że powinnam wreszcie zrobić to czy tamto. nie mam ochoty dłużej ich wysłuchiwać, denerwować się i bronić udzielnego księstwa przed zakusami różnych życzliwych ciotko-wujków. cóż im odpowiadać? że moje życie jest… moje?
quinto: tak się złożyło, że mam niezbyt dobre skojarzenia. po prostu nie chcę za każdym razem męczyć się, wracając do tych wspomnień.
mogłabym dalej mnożyć argumenty przeciwko grudniowi. przecież zaraz po świętach będzie sylwester, kiedy znów wypada cieszyć się (niby z czego? z umownego końca? z kolejnych 365 dni, które minęły na zawsze?) i bawić do upadłego wśród ochów, achów, balonów oraz fajerwerków.
ale żeby nie było, że jestem skrajną pesymistką i nie dostrzegam żadnych pozytywnych aspektów: lubię grudzień za światła, którymi mruga do mnie miasto. wiem, wiem — tandeta…
Adres URI TrackBack do wpisu to: http://ministerstwoslow.wordpress.com/2007/12/14/grrr-grudzien/trackback/

głównie się zgadzam.
po pierwsze primo - nie lubię świąt i otoczki. pisałem o tym pracę magisterską, może przez to mam jeszcze głębszy uraz.
po drugie primo - pogoda straszna. wstawanie do pracy po ciemku, zimno, wilgotno, fatalnie.
po trzecie primo to jeszcze nie jestem pewien, ale kiedyś nadejdzie ten czas, kiedy przestanę lubić swoje urodziny… może już?
hmm, z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciach i to nie z boku, bo obetną.
Grudzień bywa za to i ładny, choć mroczny. Cyrk świąteczny o tyle klopotliwy, ze trudno go ominąć. Jaśniejszym punktem jest grudniowa promocja książek. Lektura + koc + wino jest b.dobrym rozwiązaniem. I mruczane zaczepki Zielonookiej.
Pannacotta ma miodowo-złote oczy.
Aha, możliwe na zdjęciu dopasowała się do roweru. (;
kot-kameleon!
zielone ma TU.
Ja grudzień lubię: im ciemniej tym przyjemniej. Jeżeli wiesz o co mi chodzi…
ja się zupełnie nie zgadzam :)
nie dość, że lubię święta i już nie mogę się doczekać choinki, wigilii, rodziny, odpoczywania, jedzenia, prezentów, to jeszcze w tym roku pierwszy raz będę miała swoją własną choinkę, co mnie napawa dziecinną radością.
ubieranie choinki i w ogóle BożNar kojarzy mi się z bardzo specjalnym czasem, kiedy jest zupełnie inaczej, nastrój przyjemny i nie przeszkadza paskudna pogoda, bo liczy się przeżywanie bardzo fajnej rocznicy - umownej, bo umownej - ale przecież to sam Bóg przyszedł do nas, na ziemię, do prostych ludzi!
mogę tylko wyrazić swoje współczucie ludziom, którzy odczuwają to jako obowiązek angażowania się (lub udawania, że się angażują) w sprawę dla nich obojętną, nieciekawą, nieznośną, nudną, bezsensowną.
rodzina jest, jaka jest, a jednak czasem warto spuścić z tonu i potraktować upierdliwe ciotki z przymrużeniem oka, ciekawskich wujków z dystansem i cieszyć samym faktem, że spotykamy się z kimś, z kim jesteśmy nierozerwalnie połączeni bardzo wyjątkowymi więzami. wydaje mi się, że - poza wyjątkowymi sytuacjami, które sama mam i które powodują u mnie dylematy bardzo poważne (zaprosić na ślub czy nie?) - rodzina ma w sobie jakiś urok, jakąś magię, niewidoczny magnes, co przyjemnie poczuć przynajmniej kilka razy do roku.
rozpisałam się… ale chyba samotnie bronię świąt, więc warto, by opisać to dokładniej :)
czy GenSek obchodzi BożNar w GalMoku?
zimno jest grrr
No wlasnie: ja nie chcialam wychodzic przed szereg, bo teraz to chyba taka moda jest, zeby Swiat nie lubic. Nie pamietam, czy kiedykolwiek nie lubilam Swiat. Bo czego tu nie lubic? Gotowania, prania, sprzatania? Gotowac lubie bardzo, a pranie i sprzatanie “na swoim” tez ma swoj urok. Prezentow? No nie - nie uwierze, ze ktos nie lubi. Choinki? Bedziemy mieli porzadna w ogrodku, raz na wiele lat. I strasznie nie moge sie jej doczekac - nasza to tez pierwsza wlasna.
I nie jest tak, ze wszystko jest cukierkowo, ze mamy najwspanialsze rodziny pod sloncem - nie mamy, ze tak pozwole sobie sie nie zaglebiac. Ale mamy siebie i dla siebie i tych rodzin rozmaitych dziergamy recznie prezent i dobrze nam z tym wszystkim, chociaz strasznie jestemy niemodni/staroswieccy/nudni…
moda? nie zauważyłam…
przecież nie atakuję zwolenników tradycji i tych, którzy odnajdują się w grudniu. ja nie potrafię, nie jestem w stanie wykrzesać z siebie entuzjazmu. po prostu.
Się wie, Pani Minister, po milionque :). Ale co robić? Oto jest zadanie :)
jak to CO?
dalej malować swoje pisanki!