zaczęło się od tego, że w poniedziałek lodówka usiłowała popełnić samobójstwo. potem było jeszcze dziwniej. ufff, pora odpocząć… wybieram się na piwo. do Dublina. bye!
milicja!
cholera jasna, trzeba zachować czujność! wystarczy chwila nieuwagi, żeby niedzielny spacer zamienił się w podróż w czasie:

jeszcze raz, w powiększeniu:

nie rozumiem.
Warszawa
mam ostatnio problem z Warszawą. lubię ją, ale… zastanawiam się, ile w tym faktycznej sympatii, a ile zwykłego przyzwyczajenia przez zasiedzenie. w każdym razie od pewnego czasu, snując się trybem spacerowym albo przemykając szybko ulicami, nie mogę pozbyć się odczucia, że jest (mi) tu za szaro i za ciasno.
napotkane zdania — sprzed ponad 40 lat — nie pomagają pogodzić się z rzeczywistością, raczej potęgują rozdźwięk między tym, co chciałoby się zobaczyć, a tym, co istnieje naprawdę:
„Od kilku dni znów mnie obsiadły warszawskie kompleksy. Czy Pani wie, czego nam brak? Przeszłości i przyszłości. Niech Pani to sobie uprzytomni: żyjemy w mieście, w którym przeszłość została zrekonstruowana i w którym przyszłość jest jeszcze niezatwierdzona. Inaczej mówiąc, poruszamy się w kręgu skopiowanej tradycji i zawieszonej wyobraźni”.
K. Brandys, Listy do pani Z.
wiem, że nie mam prawa krytykować tego miejsca (przecież pamiętam: jestem warszawianką z Puław), wiem, jak wiele zależy od histerii Historii… mogę jedynie wzdychać tęsknie do czegoś innego, prawdziwszego, lepiej zakorzenionego w przeszłości, bardziej estetycznego. a za miesiąc czy dwa, kiedy zrobi się zielono i słonecznie, pewnie przypomnę sobie, co mnie tutaj trzyma.
świetny plan
rano będę miała czas, żeby spokojnie wypić kawę. zmienię perfumy na bardziej wiosenne. wyjdę odpowiednio wcześnie z domu, zdążę na autobus.
nie wyjmę z kieszeni płaszcza muszelki z Brighton (za każdym razem, kiedy na nią trafiam, uśmiecham się zaskoczona). kupię maść na blizny i herbatę na dobre sny. nie zajrzę do skrzynki, w której trzymam tak dawne, że prawie nierealne e-maile, skrawki wierszy, fragmenty ówczesnych lektur. nie dam się rozmaitym pańciom wyprowadzić z równowagi. udam, że nie dotyczy mnie to czy tamto, nie dotyka nadmiar, nie boli brak. i przestanę w kółko słuchać tej cholernej piosenki.
znajdę wreszcie odpowiedź na dręczące od dawna pytanie: lepiej czytać nowe książki czy wracać do ukochanych, już przeczytanych, które teraz smakowałyby inaczej, niż kiedy miałam trochę mniej lat…
Międzynarodowy Dzień Kota
święto czy nie, Pannacotta musi wiedzieć, co się dzieje w domu. zwykle osobiście nadzoruje wszystkie prace porządkowe — tu sprawdza, czy na pewno wyrzuciłam papiery z kosza…

…jednak większą przyjemność sprawia jej wprowadzanie, a nie poskramianie chaosu.
zapytana, co chciałaby dostać w wyjątkowym kocim dniu, odmiauknęła, że ma ochotę na tort polędwicowo-rybny.
a ja? cóż, kolejny raz dochodzę do wniosku, że łatwiej posprzątać rzeczy niż myśli. natomiast jeśli chodzi o świętowanie, także tę okazję mogłabym uczcić Guinnessem z sokiem porzeczkowym (smak Londynu, mmm).
piątkowa piosenka
melodyjna, trochę naiwna, jedna z tych, które przyczepiają się i nie mają zamiaru puścić. nic na to nie poradzę… chodzę, nucę, mruczę. i wzruszam się — zupełnie nie wiem dlaczego.
serduszka, bombonierki, księżniczki
dopiero dziś zauważyłam, że miasto — jak co roku — niemal utonęło w czerwonych różowych i serduszkach. kicz? przyczyna mdłości? cóż, kwestia gustu. pomyślcie, jak żałośnie to wszystko będzie wyglądało 15 lutego: przecenione bombonierki, lekko zwiędłe róże, bezrobotne amorki, smutne pluszowe misie…
piosenka niekoniecznie na temat:
xxx
dostałam niedawno list z Francji:

jeśli znacie jakieś polskie księżniczki, które chciałyby założyć związek (Związek Zawodowy Księżniczek?), przekażcie im, że mam plik zapasowych formularzy.
pocztówki
zerkam, żeby nie zapomnieć o wakacjach:

Brighton — morze może (fot. Ola)

Londyn — cud przy Tower Bridge (fot. Ola)

Kingston — mozaika rowerowa
słoń na niebie
lubię to zdjęcie:

– dziwaczny słoń, który depcze po londyńskich dachach.
nie wiem, czy Salvador D. mógłby wyobrazić sobie coś równie surrealistycznego…
zrobiłam naprawdę niewiele zdjęć. nie tylko dlatego, że mój mały, głupiutki aparat okazał się zupełnie niekompatybilny z przestrzenią miejską i światłem nad Tamizą. po prostu szybko włączył mi się syndrom antyturysty: wolałam patrzeć i zapamiętywać, zamiast od razu wyciągać maszynkę do spłaszczania wspomnień.
serię moich min na tle miasta i morza uwieczniła Ola — następną razą pokażę kilka z nich.
orzeł wylądował
w Warszawie powitała mnie londyńska mżawka, obrażeni celnicy, niemiłe panie oraz nielogiczne komunikaty. natomiast w domu czekała uśmiechnięta i stęskniona Pannacotta, która teraz domaga się zaległych pieszczot i opowiada, co robiła podczas mojej nieobecności.
ciągle uważam, że samoloty są metafizycznym środkiem transportu (bo niby jakim cudem mogą latać?).
dziś Międzynarodowy Dzień Walki z Rakiem. jutro Dzień Naleśnika. oglądam zdjęcia z L., piję herbatę z kubka Harrodsa, szykuję się na zderzenie z rzeczywistością.
