magdalenka farmaceutyczna
kolejność rzeczy: 1) niewinna infekcja; 2) dzika angina; 3) zagadka laryngologiczna (pani l. nie raczyła ukryć przerażenia: „nigdy nie widziałam tak fatalnego gardła!”).
aplikując dopaszczowo kolejny medykament, odkryłam, że smak dzieciństwa to dla mnie (może nie głównie, ale w dużej mierze) smak leków. zamknęłam oczy i przypomniałam sobie dokładnie tę znienawidzoną żółtą gorycz… a potem inne apteczno-medyczne specyfiki: słodki różowy syrop (jak on się nazywał?) — i ten drugi, niedobry, z młodych pędów sosny, dwa sypkie rarytasy: vibovit oraz visolvit, wstrętne białe tabletki, które należało rozpuścić i od razu wypić (nie mogłam zrozumieć, skąd wzięła się ich dziwaczna nazwa), dławiący proszek z furkoczącego inhalatora…
to wszystko oczywiście uruchomiło lawinę skojarzeń, obrazów, historii — i wniosków, np. o smakach, zapachach czy kolorach nie tylko dobrych wspomnień.
(a z żółtym paskudztwem będę spotykała się częściej, niż bym chciała: 4 razy dziennie, aż przez dwa tygodnie).
Adres URI TrackBack do wpisu to: http://ministerstwoslow.wordpress.com/2008/05/12/magdalenka-farmaceutyczna/trackback/

no coś Ty…!? z młodych pędów sosny to nawet sam robiłem Zającowi - było pyszne…! ( i bardzo słodkie…:)
ble, jednak nie najlepsze z tej sosny. sam nie tak dawno zapodawałem i ble.
z sosny był syropek “pini”. z tego samego zestawu chyba był syrop “tymi”. obydwa mi smakowały. na gardło w dzieciństwie hurtowo ssałam faringosept (brudził jęzor). poza tym była rozpuszczana w wodzie polopiryna, a po niej poty. ponieważ w dzieciństwie dużo leczono mnie zastrzykami, do dziś żywo pamiętam charakterystyczną papierową torebkę z ampułkami, a dźwięk “penicylina” budzi silny rezonans w mym wnętrzu ;P. no i oczywiście vibovit, pamiętam też na przełomie 80/90 taki trend na kinder biovital wzmacniający…była też niezapomniana maść kamforowa i ni zapominajmy, że smarkało sie w cieta na arkusze ligninę…
(magdalenka zaraźliwa? :) )
–> DZ & PC:
z sosny fuj — i w wersji aptecznej (wyżej wspomniany pini, czy jak mu tam), i domowej (właśnie takim mnie pojono).
–> matko chrzestna:
najwyraźniej zaraźliwa.
lignina, faktycznie! pyliła jak jasna cholera i nie była zbyt przyjazna dla nosa. do faringoseptu przekonałam się dopiero niedawno. a na pudełku z maścią (również fuj) był kotek :)
co do penicyliny — u mnie wywołała pewnego razu nie tylko rezonans, ale też całkiem porządną zapaść. ocknęłam się na moment z wbitą w udo przeraźliwej wielkości igłą, w karetce jadącej na sygnale, a potem dopiero następnego dnia w szpitalu. brbrbrr.
przestań że opowiadać te horrory - z pinifariną, igłami i zastrzykami zwłaszcza…! cholera… już czuję że nie zasnę…:(
zdrowia życzę
pss. również fuj był kotek…?:)
a może Twoje problemy biorą się od kota? może podrażnia Cię? :(
ja ostatnio mam taki katar, że kiedy smarkam, pojawiają mi się gwiazdy przed oczyma!
–> DZ:
dziś na dobranoc poczytaj mniej drastycznego bloga.
fuj była maść, kotek był ładny.
–> cyberkocie:
zastanawiałam się nad tym — raczej nie. zaczęło się jeszcze przed Pannacottą, a kicham i płaczę głównie na dworze.
dziś na dobranoc czytam ustawę o zasadach zbywania mieszkań będących własnością przedsiębiorstw państwowych…
na razie mam wysypkę, a obawiam się koszmarów i nocnego moczenia…
Ministerstwo ostrzega: ustawa albo zdrowie — wybór należy do Ciebie.
a tak w ogóle pierwsze moje skojarzenia z tytułem wpisu dotyczyły masakry w Magdalence… może dlatego, że nie lubię Prousta ;)
hmm, nie wpadłabym na to :)
muszę przyznać, że też nie przepadam za panem P., tzn. nie przyswajam go. może jeszcze kiedyś spróbuję nadrobić zaległości.
aha, nie mów o masakrze, bo nadwrażliwi czytelnicy nie będą mogli zasnąć. i znowu będzie na mnie…
a ja to jestem trochę chora obecnie i pewnie dlatego tak popłynęłam tym medycznym wspomnieniem… ;)
uwaga o pierwszym skojarzeniu cyberkotki mnie powaliła ;D
a propos straszenia: kto miał stawiane bańki? ;)
bańki, ba! zawsze bałam się ich.
kolejny horrorek ;>
baniek się nie lękam - ha…!:)
to nawet przyjemne może być - dużo zależy od stawiającego(ącej)…