królewna Pannacotta opanowała nową sztuczkę: nauczyła się wskakiwać mi na kolana, kiedy siedzę przy biurku. do tej pory zwykła przychodzić i domagać się, żeby ją podnieść, aż nagle… wydała przeciągłe miauknięcie (które zapewne miało oznaczać: „święta Kocisławo, miej mnie w opiece! albo się uda, albo nie”), po czym zgrabnym susem wpakowała się tam, gdzie wcześniej musiała wjeżdżać windą — czym zadziwiła i siebie, i mnie.
inna sztuczka: czy coś, co właściwie nie istnieje, może się skończyć?
taki życiowy es flores…

czyli kicia pozwala sobie. bardzo słusznie, wkrótce odkryje, kto rządzi (my już wiemy, że koty).
a Św. Kocisława ma coś wspólnego z moim dawnym snem? chyba tak…
to Kocisława jest ze snu? myślałam, że z puknozowego poszukiwania Twojego nowego — kociego, acz słowiańsko brzmiącego — imienia…
coś, co się skończyło, albo skończyć za cholerę nie może, z pewnością miało swój początek (choćby umowny…) i tak zwane trwanie…
wszystkie trzy widać najwyraźniej przy okazji tego ostatniego…
(czyli końca)
hmm, może pora na jakiś nowy początek?
chyba masz rację…
http://www.cyberkot.com/index.php?kot=blog&a=komentarze&wpis=3521
:)
ha! właśnie, jakąś puknozę trzeba! i przejażdżkę nad ranem.
co do sztuczki Pannacotty – jak widać, do wszystkiego trzeba po prostu wewnętrznie dojrzeć…
a “życiowy es flores” to ładnie brzmi jednak. niby smutek, melancholia, ale jakoś tak bardziej estetycznie. jak w tej pieśni.
nasze koty dorastają, a my, jak zawsze, piękne i młode :)
tak, cholerne przeestetyzowanie. wypadałoby oduczyć się wreszcie tego (strofuję się, ale bez przesadnej nadziei, że przyniesie to skutek).