w robieniu ciasta najbardziej lubię zapach dochodzący z piekarnika. sam placek właściwie jest produktem ubocznym i mógłby nie istnieć (ale skoro już jest, nie oprę mu się przecież).
natomiast w gotowaniu rosołu pociągają mnie rozmyślania nad frapującym problemem roli opalanej cebuli w złotej zupie. zagadka pozostaje nierozwiązana, w każdym razie od kiedy przypomniałam sobie, że tak zwykło się robić i w domu, i na wsi, przypiekam nieszczęsną nad palnikiem, zanim wrzucę ją do gara. uwielbiam też okolicznościową anegdotkę jeszcze z miasta P., z sąsiadem, panem doktorem, zupełnie oderwanym od spraw przyziemno-kuchennych, w roli głównej. otóż w pewne niedzielne przedpołudnie zapukał on do nas i wielce zaaferowany zapytał, czy rosół należy gotować pod przykryciem, czy też nie… bo żona wyjechała, więc on musi SAM zrobić sobie obiad. a w jednej książce kucharskiej przykrywkę polecają, w drugiej zabraniają używania jej — i on, biedny, nie wie, ma jak postąpić…
jeśli chodzi o pieczenie ryby, nie byłoby ono tak atrakcyjne, gdyby nie moment rozrywania sreberka, buchająca para i uderzający aromat ziół. prawdziwe czary!
rosół, ryba, ciasto? ratunku, udomowiło mnie! gdzież mój pazur feministyczny, mój bunt antykuchenny?
a może to tylko jesienna infekcja…



















