kura d.

w robieniu ciasta najbardziej lubię zapach dochodzący z piekarnika. sam placek właściwie jest produktem ubocznym i mógłby nie istnieć (ale skoro już jest, nie oprę mu się przecież).

natomiast w gotowaniu rosołu pociągają mnie rozmyślania nad frapującym problemem roli opalanej cebuli w złotej zupie. zagadka pozostaje nierozwiązana, w każdym razie od kiedy przypomniałam sobie, że tak zwykło się robić i w domu, i na wsi, przypiekam nieszczęsną nad palnikiem, zanim wrzucę ją do gara. uwielbiam też okolicznościową anegdotkę jeszcze z miasta P., z sąsiadem, panem doktorem, zupełnie oderwanym od spraw przyziemno-kuchennych, w roli głównej. otóż w pewne niedzielne przedpołudnie zapukał on do nas i wielce zaaferowany zapytał, czy rosół należy gotować pod przykryciem, czy też nie… bo żona wyjechała, więc on musi SAM zrobić sobie obiad. a w jednej książce kucharskiej przykrywkę polecają, w drugiej zabraniają używania jej — i on, biedny, nie wie, ma jak postąpić…

jeśli chodzi o pieczenie ryby, nie byłoby ono tak atrakcyjne, gdyby nie moment rozrywania sreberka, buchająca para i uderzający aromat ziół. prawdziwe czary!

rosół, ryba, ciasto? ratunku, udomowiło mnie! gdzież mój pazur feministyczny, mój bunt antykuchenny?

a może to tylko jesienna infekcja…

Opublikowane w: on niedziela, 28.09.2008 at 23.08 Komentarze (8)

pieśń piątkowa

Agnieszka Chrzanowska - Nie boj sie nic nie robić
leniwa i słoneczna. i taka krakowska… aaach.

Opublikowane w: on piątek, 26.09.2008 at 11.36 Komentarze (3)

się przejaśniło

…i od razu aż chce się chcieć — chcieć czegoś więcej (nie tylko spektakularnie popadać w szezlongi, depresje czy też wygłaszać nihilistyczne manifesty meteopsychopaty). chce się. primo: wstać. secundo: wybrać się na rower. tertio: wreszcie założyć obłędnie kolorowe, zupełnie niepoważne buty, wakacyjną zdobycz. quatro: wygrzewać się na ławce w parku. łapać światło. zapamiętywać je. na zapas. quinto: zbierać kasztany. wyglądać czerwono-żółtych liści. cieszyć się tą jesienią.

tak lepiej. jeszcze lepiej.

Opublikowane w: on czwartek, 25.09.2008 at 16.17 Komentarze (6)

…trochę słońca

pamiętacie pocztówki dźwiękowe? ja pamiętam: mały biały domek lala lala laaaa… i taką z Telesforem. i zielone wzgórza, a jakże, nad Soliną — zajmowały całą szufladę. ciekawe, co się z nimi stało… ale nie czas na poszukiwania, kiedy palce przymarzają do klawiatury. to ma być jesień? tere-fere!

niniejszym wysyłam tę oto pocztówkę z dźwiękiem (proszę sobie kliknąć obrazek) i żegnam ozięble. brbrbrrr.

Opublikowane w: on wtorek, 16.09.2008 at 16.07 Komentarze (2)

dowody rzeczowe, cz. II

zamiast września nagły listopad. przez ten nietakt atmosferyczny wzdycham tęsknie do cieplejszych krajów, do intensywnych kolorów i nieskalanego żadną burą chmurą nieba. wolę nie myśleć, że to zaledwie niewinny początek serii takich miesięcy… niedługo zacznę doceniać ułomne zdjęcia z wakacji — a w grudniu nie uwierzę, że gdzieś naprawdę istnieją słoneczne miejsca.

~ część druga: Wenecja ~

najpierw pociąg przejechał przez morze. potem jeszcze bardziej wzrósł współczynnik odrealnienia:

popełnione z tramwaju wodnego. ale kanał!

permanentny karnawał straganowy:

z wizytą u św. Marka. bizantyjski przepych spada na głowę:

znajdź mostek:

zwykły osiedlowy kanał:

pobudka! wenecki street art:

znajdź myszkę:

(fot. ja i K.)
Opublikowane w: on sobota, 13.09.2008 at 1.30 Komentarze (5)

dowody rzeczowe, cz. I

nie ma czasu na przeżywanie świata, łatwiej zdobyć go okiem uzbrojonym w aparat, a potem przywieźć z urlopu trofea: potwierdzenie obecności na tle rozpoznawalnego krajobrazu czy charakterystycznego fragmentu architektury. najwyraźniej cierpię na syndrom antyturysty, bo wolę patrzeć i zapamiętywać niż polować na odpowiednie kadry czy przyszpilać widoki odruchowym pstrykaniem. dlatego teraz zdjęcia (podobnie jak słowa), zamiast zmniejszać dystans, oddalają mnie od włoskich wakacji. chwile zanurzone w formalinie, protezy dla pamięci i wyobraźni. dowody rzeczowe, że byłam tam naprawdę.

naprawdę?

~ część pierwsza: Milano ~

metafizyka podróży. na początku było… niebo?

prawie jak modlitwa:

Castello Sforzesco. przyznaję, robi wrażenie:

Duomo, St. Maria Nascente. fragment:

…zobaczyłam i zaniemówiłam. aż roztopiły mi się lody:

Louis Vuitton. odbijam się:

amor omnia vincit! w tle plecy Leonarda i kawałek La Scali:

Santa Maria delle Grazie — w samo południe, trzy kwadranse przed Ostatnią wieczerzą. już przeczuwam zachwyt:

(fot. ja i K.)
Opublikowane w: on środa, 10.09.2008 at 22.47 Komentarze (6)

nasycenie

z ziemi włoskiej do Polski. na szczęście cywilizowanym airbusem, nie, jak w przeciwnym kierunku, podejrzanie rozklekotanym boeingiem. à propos rozklekotania: J. twierdzi, że bicicletta, jeden z moich ulubionych włoskich wyrazów — właściwie faworyt, tuż po wyrażeniu va bene — przywołuje na myśl stary, wysłużony rower. ale nie o tym miało być…

powoli próbuję wydobyć się z autystycznego oszołomienia światem. i światłem (to weneckie, rozproszone, zawładnęło mną bez reszty). zaniemówiłam. porządkuję obrazy w głowie, wciąż nie mogę znaleźć dla nich odpowiednich słów. pewnie wypadałoby, ale wszystkie wydają się takie płaskie, bezbarwne i nieadekwatne do tego, co widzę, kiedy zamykam oczy. potrzebuję jeszcze trochę czasu, zanim będę w stanie cokolwiek opowiedzieć.

Pannacotta od-obrażona. walizka nierozpakowana. rzeczywistość przyswajana w homeopatycznych dawkach. nagła eksplozja skumulowanych tęsknot.

Opublikowane w: on piątek, 05.09.2008 at 19.05 Komentarze (7)