– …bo się zawiesiłam.
– się czy komputer?
– ja. jak się nazywa po polsku gra w takie zgadywanki, że się podpowiada coś, żeby naprowadzić na coś?
– kalambury?
– oooo… bo taki cytat jeden jest i nie mogłam wpaść na polską nazwę.
– cudne! znaczy: kalambur o kalamburach!
– oczywiście mam nadzieję, że to o to chodzi.
– na pewno, nie ma wyjścia.
– z tym, że ta gra jest nie tylko oparta na gestach, ale na takich podpowiedziach na kartce albo zgadywankach typu: co to jest? jest w paski, ma 4 nogi, bla bla bla, i nie jest zebrą.
– w paski i nie zebra? hmm…
– fantastyczny przykład podałam :)
metakalambur
tak jak w kinie
dobrze jest mieć do kogo pojechać w środku nocy (ale ta scena w taksówce — kiedy nagle rozpłakałam się i w myślach zaklinałam pana kierowcę, żeby o nic nie pytał — tandetny melodramat).
pieśń przechodnia
wzięła mi się od Królika, potem na moment pojawiła się w Mieście, Którego Nie Ma (jest Lądek, Lądek Zdrój). kilka razy wracała bez okazji. teraz jest jak najbardziej na miejscu — nie tylko dlatego, że Sytuacja przypomina dziwny sen, z którego nie można obudzić się, mimo starań.
no i pasuje do czerwonego wina (wino oczywiście dopiero po powrocie z przejażdżki).
taki trend
nowa zabawa: liczenie napotkanych Elektr. kilka dni temu siedem, wczoraj pięć. jedna z nich to siostra-bliźniaczka Najpiękniejszego (nawet zamieniłam półtora zdania jej z właścicielką).
sprawy mniej zabawne przemilczę. wystarczy, że są.
pocztówki świątecznej nie będzie
Pannacotta sceptycznie podeszła do pomysłu okolicznościowej sesji:


przecież koty nie znoszą jajek.
jak mawiają księżniczki
to nie jest dobry czas. ciekawe, co jeszcze i z jak wielkim hukiem może się sp… spsuć (spodziewaliście się innego słowa?).
interwencyjnie
(sobota)
z załzawionymi oczami, dusząc się i ksztusząc, ok. 16 wypadłyśmy z O. na parking koło Dworca Centralnego. chwilę wcześniej banda idiotów w białych maskach i kamizelkach (czy fartuchach) rozpyliła w hali głównej odświeżacze powietrza. zrobiło się gęsto i biało, było ciężko oddychać.
hmm, obstawiam anty- albo innych alterglobalistów — myślałam głośno — ewentualnie flash mob. albo jakąś akcję reklamową. nie, ambient ambientem, ale to zbyt głupie i nieodpowiedzialne, więc odpada…
niestety spędziłyśmy na Centralnym jeszcze trochę czasu. wszędzie unosił się duszący zapach, peronami przemykały grupki performerów z aerozolami. kręciło mi się w głowie.
kiedy dotarłam do domu, szybko znalazłam rozwiązanie zagadki (tutaj więcej informacji). muszę przyznać, że jestem zniesmaczona i oburzona. co prawda wydawało mi się podejrzane, że zamaskowani młodzi ludzie są tak dobrze przygotowani (jednolite stroje, duża ilość chemikaliów), że służby mundurowe nie reagowały… ale nie przypuszczałam, a raczej wolałam nie wierzyć, że NAPRAWDĘ zorganizowano to w celach marketingowych, że dorośli ludzie podsunęli dzieciakom tak głupi pomysł, że jakieś władze mogły wydać zgodę na tę — stwarzającą przecież zagrożenie — akcję (co tłumaczyłoby bierność tzw. stróżów porządku)… wciąż nie mieści mi się to w głowie, chociaż kiedyś miałam zawodowo do czynienia z tą dziwną, nieprzewidywalną marką.
według sprawców zamieszania chodziło o fun. ale co jest zabawnego w chmurze duszącego gazu, wypełniającego dworcową halę? albo w ogromnej (podobno 700-osobowej) grupie ludzi ubranych w jednakowe maski i uniformy? czy tylko ja mam przerażające, ponure skojarzenia?
czy manipulowanie dzieciakami, którym zdawało się, że robią coś fajnego, jest OK? a zniekształcanie informacji trafiających do mediów to jeszcze PR czy już nadużycie?
tak, wiem, reklamie często nie po drodze z etyką. zbyt często.
![]()
(poniedziałek)
„Wszystko jest legalne — mamy zgodę Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego. Uprzedzona jest policja”. brak mi słów.
chwile doskonałe
na jogę i z powrotem przez słoneczne miasto. wiosna w powietrzu. wiatr we włosach. Van Morrison w słuchawkach. Beautiful Stranger mruczy po swojemu rowerowego bluesa.
wiosno, wio!
tak lepiej. znacznie lepiej. jednak światło i ciepło czynią cuda. po minionym sezonie zimowym nie mam wątpliwości — na bure miesiące powinnam przenosić się gdzieś, gdzie panuje bardziej przyjazny klimat. na przykład do Prowansji. wracałabym do PL na przełomie marca i kwietnia właśnie… rozmarzyłam się, ach…
ale nie marudzę. wreszcie. zaczynam chcieć, a to duża odmiana po kilku miesiącach prawie samych niechceń. chcę: pisać (droga M., przywróciłaś mi wiarę w sens pewnej niewyobrażalnie naiwnej teorii), rowerować (w piątek Beautiful Stranger zawiezie mnie na jogę — sprawdziłam, szybciej niż tramwaj), na nowo zdobywać świat. wreszcie mogę powiedzieć bez obaw: wiosna! wiosno, wio!
