okazało się, że jestem w stanie przez tydzień wstawać wcześniej niż zwykle, nie pijać kawy, przetrwać pięć godzin jogi dziennie (plus, bladym świtem, godzinną pranajamę). ale powrót do rzeczywistości może być trudniejszy niż np. supta padangusthasana III.
inne litery
„w” jak wakacje, „p” jak plany. reszta może zaczekać. teraz… jest teraz. wzywa mnie sina dal.
odczarowywanie
odczarowywanie miejsc jest tak naprawdę odzyskiwaniem pamięci. własnej, jednoosobowej. powoli usiłuję uporać się z Warszawą, próbowałam też poradzić sobie z Puławami. to tylko ulice, tylko drzewa, tylko jakaś alejka w parku, znajoma okolica, ulubiona perspektywa. to… kawałek mnie. ale pewnego dnia po prostu stwierdzę, że czar przestał działać, tamte obrazy wyblakły. i może nawet uśmiechnę się do nich. i znów będę lubić moje miejsca, moją pamięć.
kiedyś dorosnę…
…tymczasem dziś zdobyłam nową sprawność: jazda na rowerze pod parasolką. co prawda i tak dotarłam do domu mokra (a BS porządnie ubłocony), ale przynajmniej było zabawnie. no i nie kapało mi na okulary.

to właśnie ta parasolka. za panią jest jeszcze pan, ale porusza się per pedes, więc nie zasługuje na uwagę ;)
wszystko
nie lubię tego momentu mniej czy bardziej nocną porą, kiedy wraz z dniem, tuszem z rzęs i różnymi śladami zużycia zmywam z siebie cienką warstewkę odporności na świat, na własne czarne myśli. nie lubię też nastroju z gatunku „rzucić by to wszystko”, nawet jeśli akurat w tej chwili „wszystko” oznacza „właściwie niewiele”.
huśtawka atmosferyczna
ta pogoda, idealnie niezrównoważona, jest wymarzoną ilustracją ostatnich nastrojów. trzy łyki ozonu, za kwadrans pomruki kolejnej burzy, deszcz (zamiast gromu) z jasnego nieba. jedno jest pewne: nie mogę narzekać na brak wrażeń… czego chcę? małej stabilizacji. żeby dało się wyciągnąć rower na przejażdżkę, dotrzeć w stanie suchym na jogę i z powrotem. nowych kieliszków do wina, bo dwa ostatnie stłukłam podczas mycia. coś skończyć, nic nie zaczynać. wziąć głęboki oddech. to minie. wszystko minie.
