

wystąpiła kota Krówka :)
powrotami. przypadkami. jesień się zaczyna. taka prawdziwa, taka złota. chociaż nie ma ani przypadków, ani powrotów (w pełnym słowa znaczeniu), ani tym bardziej wzorca złotej jesieni (jak platynowy święty kilogram z Sèvres).
zatem nie-przypadkiem wróciłam do Krakowa dokładnie dwa lata po tamtej wycieczce. na obrzeża miasta właściwie. na warsztaty psychoonkologiczne do dobrego Jednorożca.
wyjechałam stamtąd z głową pełną światła (że się wyrażę dość metafizycznie). wszystko było ważne: potwierdzenie przeczuć, że całkiem sama wykonałam kawał dobrej roboty; proste narzędzie do trudnych zadań; odzyskana zwykła zabawa i niezwykła radość; to jedno „Dzika Kotko” na do widzenia…
a w domu, jak to w domu: wysłuchuję mruczanek Pannacotty, przygotowuję zapasy suszonych pomidorów.
nadszedł piątek. ten piątek. a więc: wykasowałam zbędne e-maile. posprzątałam na pulpicie i na biurku. nakarmiłam papierzyskami niszczarkę. podpisałam rachunki. oddałam kartę. wysłałam trzy listy pożegnalne. i posmutniałam. kto by pomyślał, że polubię żywot biurewny stacjonarnej, w dodatku w takiej instytucji…
bywały lepsze poniedziałki (i będą, przecież będą). to chyba oczywiste, jakiej pieśni należy posłuchać w taki dzień:
(cała ta płyta jest taka jesienna… to właśnie ona na dobre zakochała mnie w Tori).
jesień to nie jest dobry pomysł (stan ducha złowieszczo wyprzedza stan pogody), muszę znaleźć inny, lepiej nastrajający.
i muszę wreszcie zrobić coś ze snami, bo męczące jest takie spiętrzenie absurdów oraz mutacji wspomnień. łagodna perswazja („proszę się nie śnić”) nie skutkuje, nie pomaga ciepłe mleko na dobranoc, nawet Pannacotta nie sprawdza się w roli strażniczki spokojnego snu. może zastawiać pułapki? np. miski z wodą obok łóżka… albo lep, taki jak na muchy…
po tym, jak zwróciłam uwagę jakiejś pani, że porusza się ścieżką rowerową, podczas gdy chodnik jest obok, towarzyszący jej pan kopnął mnie w rower.