ginger girls
w sam raz na grudniowy wieczór: dwie rude panie i jedna zimowa pieśń (oraz smutny rower, który nie może doczekać się wiosny).

pół roku temu słyszałam to na żywo.
pół roku temu — tak niewiarygodnie dawno…
w sam raz na grudniowy wieczór: dwie rude panie i jedna zimowa pieśń (oraz smutny rower, który nie może doczekać się wiosny).

pół roku temu słyszałam to na żywo.
pół roku temu — tak niewiarygodnie dawno…
myślę, że to przeznaczenie. właściwy czas, właściwy kot… nawet posępny grudzień wydaje się mniej groźny, jeśli w domu czeka takie rude słońce. na dzień dobry miauczy zaczepnie, wieczorem upomina się o porcję należnych czułości, w międzyczasie — o ile akurat nie śpi — np. gra w piłkę lub rozprawia się z kolejną myszką.
przecudnie, prawda?
uwielbiam Pannacottę. nawet kiedy drapie to, czego drapać jej nie wolno. albo postanawia spoufalić się z wyjętym właśnie z szafy brązowym swetrem. i po stoczeniu walki podczas podawania tabletki. tak, wielbię ją bezwzględnie, bezwarunkowo, prawie bezinteresownie. z każdym dniem coraz bardziej. 22 godziny na dobę. natomiast przez pozostałe 2 godziny…
szanowni zakotowani, czy Wy też chwilami chcielibyście spacyfikować swojego zwierza, stosując mało subtelne metody? ja codziennie między 4 a 6 rano (czyli wtedy, gdy najlepiej się śpi, najfajniej śni, a ostatnią rzeczą, na którą ma się ochotę, jest wystawienie spod kołdry którejkolwiek części ciała) rozważam związanie, zakneblowanie, podanie silnych leków uspokajających oraz zastosowanie innych środków przymusu bezpośredniego.
co z tego, że wieczorem pochowam wszystkie zabawki wydające dźwięki, skoro są: a) wrony za oknem, b) papiery w koszu stojącym koło biurka, c) fascynujące wiklinowe kufry, d) dwa szmaciane chodniki z frędzlami, e) niezliczone atrakcje, które umilają kocie życie…
jeszcze trochę, jeszcze kilka takich porannych akcji, a zacznę chodzić spać z kurami (wronami) i wstawać z pierwszym brzaskiem. i w ogóle stanę się wzorową starą panną, taką książkową, zwariowaną na punkcie własnego kota. ha!
Pannacotta Ipanema właśnie rozpoczęła nocne szaleństwa. trochę mijamy się, jeśli chodzi o rytm dobowy, ale uczymy się siebie, robimy postępy.
im dłużej na nią patrzę, tym bardziej żałuję, że tak długo zwlekałam z decyzją o oddaniu się w posiadanie kotu (bo przecież nie z decyzją o posiadaniu kota!). ale może to jest TEN czas… teraz wiem, że nie ma lepszego lekarstwa na poczucie odrealnienia niż pogłaskanie miękkiego, ciepłego futra, kontrolne pacnięcie kociej łapki czy seria zaczepnych miauknięć w pochmurny poranek. nieznośna lekkość bytu? bzdura, bzdura! dlaczego miska jest pusta? gdzie podziała się myszka?
jak mam zostawić moją Rudą Panienkę i ruszyć w daleki świat? co z tego, że tam czeka wymarzony Amsterdam, a w nim muzeum van Gogha, dom Rembrandta i słynne ciasteczka z niespodzianką?
ha, ale dzięki temu będzie o czym poplotkować z ulubionym panem w ulubionej Lente!
za oknem apogeum szarości, więc na znak protestu oddajemy się dziś drzemkom i mruczankom. ja — okołomigrenowym, ona — przeziębieniowym (wczoraj były dwa zastrzyki, auć!).

fot. cyberkot
zabawa z myszką — fajna sprawa, ale jeszcze fajniejsze jest np. polowanie na dywan o 4 albo 5 rano. szkoda, że nie wszyscy podzielają wtedy koci entuzjazm…
z ostatniej chwili: pamiętacie tę rudą pannicę? stało się, właśnie zamieszkała u mnie.
wystarczy na nią spojrzeć, od razu robi się cieplej:

fot. bergisel
a gdyby tak… patrzeć na nią codziennie?
pomyślę. dam znać w piątek. jutro zaczynam trzydniową serię badań (muszę mówić, że boję się i że chciałabym już wiedzieć?). nadwyżki pozytywnej energii, o ile ktoś ma takowe w listopadzie, można przesyłać telepatycznie lub mailowo.