ach

obudzić się wcześnie rano, otworzyć oczy, stwierdzić, że sny dośniły się do końca. czule pogłaskać zaspaną Pannacottę — dzień dobry, co słychać, proszę Kota? — przeciągnąć się raz jeszcze, wyjrzeć przez okno. dorzucić do jogurtu garść śliwek, dodać dwie łyżeczki miodu. odkryć, że do najbliższego „trzeba” jest jeszcze daleko, więc można spokojnie smakować poranek, kawę i Kunderę, za którym tęskniłam.

ach, tęskniłam. za posmakiem jego słów, za melodią zdań. za tą specyficzną, wyrafinowaną goryczą ironii, za smutnym uśmiechem, pozornym chłodem pulsujących pod spodem emocji. za mądrością człowieka, który dużo widział, dużo wie i z pewnością zapłacił za to wysoką cenę. [dygresja nr 1: ciekawe, jaki jest, co ma w oczach, jak mówi, w jaki sposób patrzy. dygresja nr 2: oczywiście zakochuję się w książkach, nie w pisarzach! dygresja nr 3: wciąż nie mogę pojąć, dlaczego Gretkowska nie poszła na jego zajęcia („Inne seminaria: profesor Milan Kundera — Rola muzyki w powieści — to mnie nie interesuje”). jak mogła? jak?]. żeby Kundera naprawdę smakował, powinnam ostrożnie go dawkować. nadmiar prowadzi do przesytu, przesyt zaś do wniosku, że to jeden z autorów, którzy przez całe życie piszą tę samą książkę. wiem, czasem trzeba od niej odpocząć, stęsknić się dotkliwie i dopiero wtedy sięgnąć po kolejną opowieść. właśnie w takim stanie dzień wcześniej kupiłam „Księgę śmiechu i zapomnienia”…

czytać zachłannie — aż zadzwoni budzik. dopić ostatni łyk kawy.

przyziemniej: spojrzeć na nowe buty, zachwycić się. przejść do obowiązków.

pomyśleć: a może rzucę to wszystko i ruszę w daleki świat? nie tylko pomyśleć, to jeszcze za mało, ale także poszukać sposobu. prawie ów sposób znaleźć, po chwili zgubić, rozczarować się, byle nie zbyt boleśnie. wrócić do rzeczywistości. wyjść z domu. przecież za rogiem też czai się świat.

w tzw. godzinach pracy przysiąść na ławce w parku. wygrzewać się, mrużyć oczy, zapamiętywać wiosnę. pisać wiecznym piórem. pisać, zostawiać ślad.

wybrać się na obiad. odebrać zamówioną płytę. przypadkiem kupić „Godziny” („Mrs Dalloway said she would buy the flowers herself”, nie ma się czego bać).

nie zauważyć tandetnych rymów. też coś, śladświat

nie bać się. mieć plany. kupić bilety na włoskie wakacje.

powtórzyć: ach.

Opublikowany w: on czwartek, 15.05.2008 at 1.33 Komentarze (2)

Beautiful Stranger

stało się, jest mój.

happy_together.jpg

nie sądziłam, że tak zawróci mi w głowie i sprawi aż tyle radości…

on_i_ja.jpg

fot. cyberkot

wybraliśmy się na przejażdżkę i uprawialiśmy lalalalans. wszystkie rowery oglądały się za nami. no dobra, nie tylko rowery ;>

dziękuję grupie wspierającej (cyberkot, Pan Cygaro, T.) .
na wyjątkowy hołd zasługuje nieznany Monsieur Groove.

Opublikowany w: on sobota, 06.10.2007 at 21.39 Komentarze (8)

zapiski na zakładce do książek

są książki, które kocha się bezwarunkowo, od pierwszego zdania i pierwszego wejrzenia. najpierw jest olśnienie, doświadczenie wręcz metafizyczne, inne od zwykłych przygód czytelniczych. potem następuje zachłanna lektura, łapczywe przyswajanie słów, sensów, podtekstów. i im większy zachwyt, tym głębszy smutek, że coraz bliżej do końca. od tego momentu zaczyna się metodyczne opóźnianie rozstania: dłuższe przerwy między rozdziałami, powroty do kluczowych scen czy wątków, wolniejsze niż zwykle wczytywanie się w ostatnie strony. a kiedy jest już po wszystkim, robi się przeraźliwie pusto – i wiadomo, że przez pewien czas nic innego nie będzie w stanie aż tak zawładnąć wyobraźnią. początkowo nieodzowna jest fizyczna obecność Książki (w torbie, na biurku, w łóżku), żeby w nagłej potrzebie odszukać jakąś myśl, jakiś akapit i przeżyć – lub odchorować – to jeszcze raz. później wystarczy świadomość, że jest ona gdzieś w pobliżu, że w każdej chwili można na nowo pogrążyć się w niej.

wśród moich bezwarunkowych miłości są między innymi: Szkice piórkiem Bobkowskiego, Dziennik 1954 Tyrmanda, oczywiście wiersze Brodskiego, Orlando Woolf, Piesek przydrożny Miłosza, Lolita Nabokova, Hańba Coetzee’ego, Doktor Faustus Manna. kolejność jest przypadkowa, a lista, rzecz jasna, niepełna.
niedawno dołączył do niej Świat poety. Rozmowy z Josifem Brodskim Solomona (Sołomona?) Wołkowa [PIW 2001]. przyznaję: z zewnątrz to dramacik wydawniczy, natomiast w środku… ach!

dziś skończę czytać Rozmowy…

Opublikowany w: on wtorek, 17.07.2007 at 18.16 Komentarze (2)

och

melancholijny młodzieniec z gitarą zaserwował kilka pieśni pościelowych (pościelówki bez pościeli? bez sensu). następnie wyznał, że nigdy nie był w tak ogromnej sali koncertowej, po czym… zrobił jej zdjęcie :-) bajdełej: Kongresowa jednak da się lubić.

kiedy znów zgasło światło, a na scenę weszła Ona, rozpłakałam się — chyba z przejęcia, że to dzieje się naprawdę. dalej było pięknie, przepięknie, aż zapominałam, że trzeba oddychać. filigranowa Tori okazała się bestią sceniczną, nie mogłam oderwać od niej wzroku. hipnotyzowała, czarowała… a jak śpiewała!

nie włączam radia, nie potrzebuję dźwięków. zamykam oczy i… widzę, słyszę wszystko jeszcze raz.

królowa jest zachwycona. wzruszona. zasmucona (kolejny raz znalazła zastosowanie opracowana niegdyś definicja samotności).

Opublikowany w: on środa, 20.06.2007 at 1.41 Komentarze (9)