drugie kolonie z jogą w tym sezonie. pierwsze były zaawansowane, te — specjalnej troski psychoonkologicznej.
zaniżanie, zawyżanie, niedoszacowanie
zaniżałam średnią wieku (powinnam przywyknąć) i zawyżałam poziom sprawności (jakże miłe ochy, achy). i byłam postrzegana jako osoba towarzysząco-wspierająca, nówka nieśmigana, a nie bezpośrednio dotknięta. natomiast szacowanie mojego szanownego wieku na najwyżej 25 lat to ostatnio standard.
nieuleczalni malkontenci
bo śniadanie nie tak podane, obiadokolacja za późno, bo hotel taki zgrzebny, a w tamtym roku były jeszcze inne zajęcia… nie, nie chodzi o huraoptymizm i naiwną afirmację — raczej o wyciąganie wniosków (z tego, co każdy z NAS przeszedł) czy docenianie dobrego Jednorożca.
jak to robią damy
trzeciego wieczora, ku uciesze dam, wyciągnęłam z torby wino: najbardziej wykwintną w okolicy byczą krew. kiedy dama Ł. snuła wspomnienia (jak to w młodości, pewnego razu w sylwestra…), dama E. (świeżo naświetlona) poczuła gwałtowny dyskomfort, oddaliła się więc do toalety w wiadomym celu. po chwili wróciła, usiadła z gracją (oraz z nóżką na nóżkę) — i, jak gdyby nigdy nic, zapytała: „co było dalej?”.
nagroda
w nagrodę za asany „dla wytrwałych”, „dla rozciągniętych” czy „dla chętnych” stawałam na rękach :)
międzyczas…

(fot. Tercybiades)
…oczywiście spędzałam nad morzem. kolejny raz stwierdziłam, że powinnam gdzieś tam zamieszkać.