postanowiłam nie przyjmować do wiadomości tego, co dzieje się za oknem. to nie takie trudne, jak mogłoby się wydawać — choćby dlatego, że większość czasu zajmuje mi rywalizowanie z Pannacottą o tytuł Naczelnego Spacza w naszym gospodarstwie domowym. jeszcze kilka dni i wysunę się na prowadzenie! (ale nie ukrywam: poczucie totalnego, organicznego zmęczenia jest deprymujące). cóż, byle do wiosny — czyli do listopada, w pewnym sensie.
jesienny Jednorożec
powrotami. przypadkami. jesień się zaczyna. taka prawdziwa, taka złota. chociaż nie ma ani przypadków, ani powrotów (w pełnym słowa znaczeniu), ani tym bardziej wzorca złotej jesieni (jak platynowy święty kilogram z Sèvres).
zatem nie-przypadkiem wróciłam do Krakowa dokładnie dwa lata po tamtej wycieczce. na obrzeża miasta właściwie. na warsztaty psychoonkologiczne do dobrego Jednorożca.
wyjechałam stamtąd z głową pełną światła (że się wyrażę dość metafizycznie). wszystko było ważne: potwierdzenie przeczuć, że całkiem sama wykonałam kawał dobrej roboty; proste narzędzie do trudnych zadań; odzyskana zwykła zabawa i niezwykła radość; to jedno „Dzika Kotko” na do widzenia…
a w domu, jak to w domu: wysłuchuję mruczanek Pannacotty, przygotowuję zapasy suszonych pomidorów.
zachłannie, na zapas
…chociaż wiem, że nie da się zmagazynować rowerowych nadgodzin i nadkilometrów, nadwyżek energii z jogi, tych wszystkich jasnych chwil. obawiam się tegorocznej jesieni, więc tym skrupulatniej wykorzystuję odchodzące dziwne lato. mam jeszcze ponad miesiąc, zanim zasnę — na częstszą, bardziej zaawansowaną jogę, przejażdżki w celu i bez celu, robienie konfitur, gromadzenie zapasów silnej woli, dobrych chęci. i jeszcze Kraków. i Amsterdam. a potem… potem będzie dobrze. to postanowione.
w sprawie snów
niniejszym uprasza się o zaprzestanie zsyłania zbyt intensywnych snów, po których trudno pozbierać się, wstać, o których potem nie można przestać myśleć.
z poważaniem,
J.
dobrze, lepiej, najlepiej
to chyba niemądre, ale obawiam się tych nielicznych momentów, kiedy wydaje mi się, że dotykam pełni, że jest dokładnie tak, jak powinno być. boję się chwil zadowolenia, od opuszek palców aż po końce włosów, i pewności, że wiem, czego chcę, a czego nie chcę. zupełnie jakby było coś podejrzanego w tej satysfakcji, jakbym zaraz miała wpaść w zastawioną przez siebie (na samą siebie) pułapkę.
najdziwniejsze, że stan ów nie zależy w zbyt dużym stopniu od tzw. spraw zewnętrznych. od oczekiwania na decyzje i podpisane dokumenty, od wszystkich Amsterdamów, obecności, nieobecności, odległości, od odcinków prywatnej telenoweli, stanu konta, zawartości lodówki czy innych ważnych czynników, które pozornie warunkują tu i teraz.
dobrze, lepiej. najlepiej nie mówić już nic.
zagraj to jeszcze raz, Sam
wiem, ta pieśń już była. ale… nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza. nigdy nie będzie takiego lata.
odczarowywanie
odczarowywanie miejsc jest tak naprawdę odzyskiwaniem pamięci. własnej, jednoosobowej. powoli usiłuję uporać się z Warszawą, próbowałam też poradzić sobie z Puławami. to tylko ulice, tylko drzewa, tylko jakaś alejka w parku, znajoma okolica, ulubiona perspektywa. to… kawałek mnie. ale pewnego dnia po prostu stwierdzę, że czar przestał działać, tamte obrazy wyblakły. i może nawet uśmiechnę się do nich. i znów będę lubić moje miejsca, moją pamięć.
wszystko
nie lubię tego momentu mniej czy bardziej nocną porą, kiedy wraz z dniem, tuszem z rzęs i różnymi śladami zużycia zmywam z siebie cienką warstewkę odporności na świat, na własne czarne myśli. nie lubię też nastroju z gatunku „rzucić by to wszystko”, nawet jeśli akurat w tej chwili „wszystko” oznacza „właściwie niewiele”.
huśtawka atmosferyczna
ta pogoda, idealnie niezrównoważona, jest wymarzoną ilustracją ostatnich nastrojów. trzy łyki ozonu, za kwadrans pomruki kolejnej burzy, deszcz (zamiast gromu) z jasnego nieba. jedno jest pewne: nie mogę narzekać na brak wrażeń… czego chcę? małej stabilizacji. żeby dało się wyciągnąć rower na przejażdżkę, dotrzeć w stanie suchym na jogę i z powrotem. nowych kieliszków do wina, bo dwa ostatnie stłukłam podczas mycia. coś skończyć, nic nie zaczynać. wziąć głęboki oddech. to minie. wszystko minie.
gato negro

białe wino, czarny kot. deszcze, jak to deszcze, niespokojne. że bywało lepiej? oczywiście. bywało też gorzej, czyli nie jest aż tak źle, jak mogłoby się wydawać. tym optymistycznym akcentem…
